środa, 25 kwietnia 2012
Moje sny ześlizgnęły się po spirali i... przebudziłem się. Daimon siedział na parapecie i wpatrywał się w niebo zasnute deszczowymi chmurami. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się delikatnie. Dawno nie widziałem go takim roztargnionym. - jest środek nocy - powiedział diabeł. - właśnie, a ty ciągle nie śpisz. Martwię się o ciebie - wyszeptałem. - ha ha ha ha ha ha ha ha ha - Daimon roześmiał się swoim zwyczajnym, szyderczym śmiechem. I nastrój prysnął w jednej chwili. Dobrze, że jest tylko moim diabłem stróżem a nie ukochaną kobietą. Jest mistrzem w psuciu wyjątkowych chwil.
Błyskawica przecięła niebo czyniąc kontury ostrymi jak brzytwa.
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
W jakim miejscu życia się znajduję? Gdzie i z jaką prędkością się przemieszczam? Jaki jest cel? Nie trzeba kierować na mnie wiązki fotonów by zmienić w sposób nieprzewidywalny moje zachowanie.
Jestem zły... na siebie, na pogodę, na to, że tak bardzo tęsknię, na to, że daję się oszukać klientce i dla świętego spokoju odpuszczam. Dwie godziny na siłowni. Trening cardio przez prawie godzinę a potem walka ze słabością.
Jestem zły bo nie wiem co robić.
niedziela, 18 marca 2012
- co robisz? - spytał diabeł. - nic, odpoczywam. A co? - odparłem patrząc mu w oczy. Kiedy minęły ostatnie miesiące? Gdzie byłem? Co robiłem??? Za chuja nie wiem. Niby coś się działo. Niby ważne. Praca, nieco więcej pustej przestrzeni wokół, drogi, które znam na pamięć (mimo ciągłego rozbudowywania infrastruktury komunikacyjnej w kraju). - a czym się różni dzisiejsze "nic" od "nic" z ostatnich miesięcy? - Daimon nie dawał za wygraną. - może wiosna, może dzisiejszy dzień taki córko-tatulkowy, słońce, otwarcie sezonu moto, może może?? - znów dałem się wciągnąć diabłu w dyskusję. Zapowiadało się na długą noc. Byle bym się tylko nie wygadał ze snów, które odpalają się zaraz po tym jak świadomość pozwala się otulić Hypnosowi.
środa, 07 grudnia 2011
The path of the righteous man is beset on all sides by the inequities
of the selfish and the tyranny of evil men. Blessed is he who, in the
name of charity and good will, shepherds the weak through the valley of
darkness, for he is truly his brother's keeper and the finder of lost
children. And I will strike down upon thee with great vengeance and
furious anger those who attempt to poison and destroy my brothers. And
you will know my name is The Lord when I lay my vengeance upon thee.
Daimon siedział po turecku na podłodze i drapał Tygrysa po karku. Bursztynowe oczy kota patrzyły rozmarzone w przestrzeń... w czarną otchłań... mruczał...
"to był zjebany dzień"... jakże wiele to zdanie może mieć znaczeń... ;-)
niedziela, 13 listopada 2011
Cóż, demonstracja solidarności z ruchem occupy Wall St.
nie zaistniała w mediach bo... przegrała z akcją pod hasłem kretyni kontra
kretyni. Może trzeba by wyrwać płyty z chodnika albo coś podpalić by zostać
zauważonym?
Być może nie jesteśmy gotowi zrozumieć idee walki pozbawionej przemocy, opartej na obywatelskim nieposłuszeństwie gdzie przeciwstawia się argumentom siły (stosowanej przez Państwo) argument racji. Jednak znów ważniejsze okazało się to czy niezbyt rozgarnięci pogrobowcy Dmowskiego pokonają równie upośledzonych miłośników kolorów. A w sumie i tak obie grupy są równo dymane przez korpomafie. I znów zastępcze tematy zakryły prawdziwe niebezpieczeństwo...
wtorek, 08 listopada 2011
Zachłystuję się świeżym powietrzem po trzech tygodniach walki z anginami, przeziębieniami i jesiennym spleenem. I nawet ten dziwny niesmak jakby był słabszy. Niedługo 11 listopada. Wiec poparcia dla okupujących Wall Street. Mam już maskę przeciwgazową. Sprawdzony Avon S-10. I kamizelkę przeciwodłamkową gdyby z pokojowych pobudek ktoś chciał strzelać do mnie z gumowych kul. Cóż... patriota musi być gotów by bronic swój kraj przed rządem. Zwłaszcza takim, który robi laskę wielkiemu kapitałowi zapominając, że powinien służyć obywatelom.
wtorek, 01 listopada 2011
Siedzę zawinięty w koc nawet nie udając, że potrafię zasnąć. Daimon i Elael piją Calvados za zdrowie Pani Morrigan. Nie odzywamy się do siebie... bo i o czym tu mówić. Chyba nie miałem takiego roku, że słowa zdawały się już dawno wypowiedziane i nie było ani czym ani po co rozdzierać ciszy. Może dlatego nie chce mi się do nikogo otwierać ust. Nawet anioł i diabeł nie zagadują mnie od dawna...
wtorek, 18 października 2011
Kolejna pełnia odchodzi w przeszłość. Ostatnie tygodnie przemknęły jak stalowa kulka na flipperze. Znów czas można by ułożyć w sieć dróg, które przemierzyłem. A1, gierkówka, droga krajowa nr 8, S8, A8, A4... pełnia, kolejny strzał w kolano, ślub szwagra... Gliwice, Katowice, Lubin, Łódź, Rawa, Stoli... Jeździłem po mieście bez celu. Inertia creeps. Za głośno. Daimon kasujący numery z mojego telefonu. "...room shifting is endearing
between us is our kitchen
where she finds my irritant's itching
been here before been here forever
moving up slowly
inertia keeps moving up slowly
inertia creeps moving up slowly
inertia keeps moving up slowly
she comes..." napierdalało nieludzko z głośników dając złudzenie, że zaraz eksplodują drzwi auta. Daimon szeptał pod nosem - głupi kutas... usuń, klient, klient, to, to nie wiem... usuń, przewrażliwiona cipa... usuń, smoczy język... usuń, wyjątkowy kutas... usuń, donosiciel... usuń, klient, klient, chuj wie kto... usuń, kłamliwa dziwka... usuń, niewdzięczny chujek... usuń, długi ozór... usuń. Ale ci te telefony zaczną śmigać jak się tyle pamięci zwolni. Nie słuchałem go zbyt uważnie. Za dużo się działo. I jeszcze ślub szwagra. Nie chce mi się już tłumaczyć czemu nie piję. Nie piję i już i chuj wszystkim do tego. Dobrze, że dziecię koło 21 zrobiło się senne i będąc kochającym ojcem pojechałem położyć je spać. Ale też czułem się dziwnie patrząc jak buźki robią się coraz bardziej czerwone a wzrok rozlewa się jak plama oleju na wodzie. Niedziela. Pożegnanie dworca Łódź Fabryczna. Całe rzesze przybyły by fotografować budynek, który od lat był zaszczaną ruiną i pies z kulawą nogą nie robił sobie z nim fotek. A tu nagle takie tłumy. Tylko dlatego, że zaczynają go burzyć. Największe gówno staje się nagle cenne gdy się je traci. - to tak jak z tobą - wszedł mi w myśl Elael - teraz nagle dostajesz pytania od tych, których Daimon wydelete'ował chociaż mieli cię w dupie. Tak to już jest z tą stratą. Ale spokojnie po miesiącu, dwóch im przejdzie. Tak samo jak za jakiś czas nikt nie będzie pamiętać starego fabrycznego. Tak samo jak nie wiedzą, że słowo może być jak kamyk... rzucony wywołuje lawinę. - a chuja nie wiedzą - wtrącił się Daimon - trzeba być debilem by nie dostrzegać konsekwencji. Albo dostrzegać i... wtedy działa się z premedytacją. A to jest skurwysyństwo. Tak więc... otaczali cię obłudnicy, debile i skurwiele. No nie masz ręki do ludzi - diabeł roześmiał się i puścił do mnie oko. - może się zmienili... może ja się zmieniłem. Zradykalizowałem się na starość. Nie chce mi się już tracić czasu i energii na dyskusje, tłumaczenia. Karta - stół - przełączyłem odtwarzacz z opcji CD na radio. Trafiłem na Rihanne "...Life’s too short to be sitting round miserable
People gonna talk whether you doing bad or good, yeah
Got a drink on my mind and my mind on my money, yeah
Lookin' so bomb gonna find me a honey
Got my Ray-Bans on and I’m feeling hella cool tonight, yeah
Everybody’s vibing so don’t nobody start a fight, yeah-ah-ah-ah..." Księżyc kurczył się ale wciąż spoglądał na mnie zielonymi oczyma. - Skończyłem - powiedział Daimon - po skasowaniu zbędnych numerów zostało 12 osób, do których chcesz otworzyć usta. Jedna osoba z listy nie chce z tobą gadać więc zostaje 11 duszyczek. Nie licząc kontaktów businessowych. No nieźle, to się nazywa lean management from hell - i znów wybuchnął śmiechem, który jeży włosy na karku. Jutro... właściwie dzisiaj będzie słonecznie. Po robocie czas na motor :-)
piątek, 30 września 2011
- Ha ha ha ha - diabeł zaśmiewał się oparty o barierkę w Galerii Łódzkiej - że co powiedział???!!!??? Kurwa, jaki frajer. Właśnie skończyłem dłuuuuuugą rozmowę z moją rodzicielką, która dostawała palpitacji jak mój ?przyjaciel? z "troską" wyznał jej, że dwa razy pożyczyłem od niego kasę na ZUS. Teraz moja biedna mateczka myśli, że jej dziecko umiera z głodu albo kompletnie nie radzi sobie w życiu, a to były tylko jakieś obsuwy w płaceniu faktur przez moich klientów. A najlepsze jest to, że ten znany mi od 31 lat osobnik przez lata pożyczał ode mnie pieniądze i jakoś nic się nie działo. Ja pierdole. Jakimi ścieżkami podążają ludzkie myśli, że otwierają swój durny ryj i pieprzą rzeczy, które mówione albo robione były wśród zaufanych (o, święta naiwności) ludzi. Idę spać. Jutro robota a wieczorem... rower i Łódź by night. Ja, miejska przestrzeń i muza w słuchawkach. I żadnych, ale to żadnych kurwa ludzi.
|
|