środa, 07 grudnia 2011
The path of the righteous man is beset on all sides by the inequities
of the selfish and the tyranny of evil men. Blessed is he who, in the
name of charity and good will, shepherds the weak through the valley of
darkness, for he is truly his brother's keeper and the finder of lost
children. And I will strike down upon thee with great vengeance and
furious anger those who attempt to poison and destroy my brothers. And
you will know my name is The Lord when I lay my vengeance upon thee.
Daimon siedział po turecku na podłodze i drapał Tygrysa po karku. Bursztynowe oczy kota patrzyły rozmarzone w przestrzeń... w czarną otchłań... mruczał...
"to był zjebany dzień"... jakże wiele to zdanie może mieć znaczeń... ;-)
niedziela, 13 listopada 2011
Cóż, demonstracja solidarności z ruchem occupy Wall St.
nie zaistniała w mediach bo... przegrała z akcją pod hasłem kretyni kontra
kretyni. Może trzeba by wyrwać płyty z chodnika albo coś podpalić by zostać
zauważonym?
Być może nie jesteśmy gotowi zrozumieć idee walki pozbawionej przemocy, opartej na obywatelskim nieposłuszeństwie gdzie przeciwstawia się argumentom siły (stosowanej przez Państwo) argument racji. Jednak znów ważniejsze okazało się to czy niezbyt rozgarnięci pogrobowcy Dmowskiego pokonają równie upośledzonych miłośników kolorów. A w sumie i tak obie grupy są równo dymane przez korpomafie. I znów zastępcze tematy zakryły prawdziwe niebezpieczeństwo...
wtorek, 08 listopada 2011
Zachłystuję się świeżym powietrzem po trzech tygodniach walki z anginami, przeziębieniami i jesiennym spleenem. I nawet ten dziwny niesmak jakby był słabszy. Niedługo 11 listopada. Wiec poparcia dla okupujących Wall Street. Mam już maskę przeciwgazową. Sprawdzony Avon S-10. I kamizelkę przeciwodłamkową gdyby z pokojowych pobudek ktoś chciał strzelać do mnie z gumowych kul. Cóż... patriota musi być gotów by bronic swój kraj przed rządem. Zwłaszcza takim, który robi laskę wielkiemu kapitałowi zapominając, że powinien służyć obywatelom.
wtorek, 01 listopada 2011
Siedzę zawinięty w koc nawet nie udając, że potrafię zasnąć. Daimon i Elael piją Calvados za zdrowie Pani Morrigan. Nie odzywamy się do siebie... bo i o czym tu mówić. Chyba nie miałem takiego roku, że słowa zdawały się już dawno wypowiedziane i nie było ani czym ani po co rozdzierać ciszy. Może dlatego nie chce mi się do nikogo otwierać ust. Nawet anioł i diabeł nie zagadują mnie od dawna...
wtorek, 18 października 2011
Kolejna pełnia odchodzi w przeszłość. Ostatnie tygodnie przemknęły jak stalowa kulka na flipperze. Znów czas można by ułożyć w sieć dróg, które przemierzyłem. A1, gierkówka, droga krajowa nr 8, S8, A8, A4... pełnia, kolejny strzał w kolano, ślub szwagra... Gliwice, Katowice, Lubin, Łódź, Rawa, Stoli... Jeździłem po mieście bez celu. Inertia creeps. Za głośno. Daimon kasujący numery z mojego telefonu. "...room shifting is endearing
between us is our kitchen
where she finds my irritant's itching
been here before been here forever
moving up slowly
inertia keeps moving up slowly
inertia creeps moving up slowly
inertia keeps moving up slowly
she comes..." napierdalało nieludzko z głośników dając złudzenie, że zaraz eksplodują drzwi auta. Daimon szeptał pod nosem - głupi kutas... usuń, klient, klient, to, to nie wiem... usuń, przewrażliwiona cipa... usuń, smoczy język... usuń, wyjątkowy kutas... usuń, donosiciel... usuń, klient, klient, chuj wie kto... usuń, kłamliwa dziwka... usuń, niewdzięczny chujek... usuń, długi ozór... usuń. Ale ci te telefony zaczną śmigać jak się tyle pamięci zwolni. Nie słuchałem go zbyt uważnie. Za dużo się działo. I jeszcze ślub szwagra. Nie chce mi się już tłumaczyć czemu nie piję. Nie piję i już i chuj wszystkim do tego. Dobrze, że dziecię koło 21 zrobiło się senne i będąc kochającym ojcem pojechałem położyć je spać. Ale też czułem się dziwnie patrząc jak buźki robią się coraz bardziej czerwone a wzrok rozlewa się jak plama oleju na wodzie. Niedziela. Pożegnanie dworca Łódź Fabryczna. Całe rzesze przybyły by fotografować budynek, który od lat był zaszczaną ruiną i pies z kulawą nogą nie robił sobie z nim fotek. A tu nagle takie tłumy. Tylko dlatego, że zaczynają go burzyć. Największe gówno staje się nagle cenne gdy się je traci. - to tak jak z tobą - wszedł mi w myśl Elael - teraz nagle dostajesz pytania od tych, których Daimon wydelete'ował chociaż mieli cię w dupie. Tak to już jest z tą stratą. Ale spokojnie po miesiącu, dwóch im przejdzie. Tak samo jak za jakiś czas nikt nie będzie pamiętać starego fabrycznego. Tak samo jak nie wiedzą, że słowo może być jak kamyk... rzucony wywołuje lawinę. - a chuja nie wiedzą - wtrącił się Daimon - trzeba być debilem by nie dostrzegać konsekwencji. Albo dostrzegać i... wtedy działa się z premedytacją. A to jest skurwysyństwo. Tak więc... otaczali cię obłudnicy, debile i skurwiele. No nie masz ręki do ludzi - diabeł roześmiał się i puścił do mnie oko. - może się zmienili... może ja się zmieniłem. Zradykalizowałem się na starość. Nie chce mi się już tracić czasu i energii na dyskusje, tłumaczenia. Karta - stół - przełączyłem odtwarzacz z opcji CD na radio. Trafiłem na Rihanne "...Life’s too short to be sitting round miserable
People gonna talk whether you doing bad or good, yeah
Got a drink on my mind and my mind on my money, yeah
Lookin' so bomb gonna find me a honey
Got my Ray-Bans on and I’m feeling hella cool tonight, yeah
Everybody’s vibing so don’t nobody start a fight, yeah-ah-ah-ah..." Księżyc kurczył się ale wciąż spoglądał na mnie zielonymi oczyma. - Skończyłem - powiedział Daimon - po skasowaniu zbędnych numerów zostało 12 osób, do których chcesz otworzyć usta. Jedna osoba z listy nie chce z tobą gadać więc zostaje 11 duszyczek. Nie licząc kontaktów businessowych. No nieźle, to się nazywa lean management from hell - i znów wybuchnął śmiechem, który jeży włosy na karku. Jutro... właściwie dzisiaj będzie słonecznie. Po robocie czas na motor :-)
piątek, 30 września 2011
- Ha ha ha ha - diabeł zaśmiewał się oparty o barierkę w Galerii Łódzkiej - że co powiedział???!!!??? Kurwa, jaki frajer. Właśnie skończyłem dłuuuuuugą rozmowę z moją rodzicielką, która dostawała palpitacji jak mój ?przyjaciel? z "troską" wyznał jej, że dwa razy pożyczyłem od niego kasę na ZUS. Teraz moja biedna mateczka myśli, że jej dziecko umiera z głodu albo kompletnie nie radzi sobie w życiu, a to były tylko jakieś obsuwy w płaceniu faktur przez moich klientów. A najlepsze jest to, że ten znany mi od 31 lat osobnik przez lata pożyczał ode mnie pieniądze i jakoś nic się nie działo. Ja pierdole. Jakimi ścieżkami podążają ludzkie myśli, że otwierają swój durny ryj i pieprzą rzeczy, które mówione albo robione były wśród zaufanych (o, święta naiwności) ludzi. Idę spać. Jutro robota a wieczorem... rower i Łódź by night. Ja, miejska przestrzeń i muza w słuchawkach. I żadnych, ale to żadnych kurwa ludzi.
poniedziałek, 19 września 2011
"Pewny siebie kutas". Podoba mi się bezpośredniość komunikatów współczesnych nastolatek ;-)
czwartek, 08 września 2011
Dwa dni z jelitówką sprawiają, że nabiera się dystansu. Patrzyłem na wyrzyganą żółć zmieszaną z drobinkami carbo medicinalis. I wszystko stawało się mało ważne.
niedziela, 04 września 2011
Od kilkunastu dni lato stało się bardziej motocyklowe. Produktem ubocznym nawijania kilometrów na koła jest bycie ze sobą i miliony myśli. Nagle tak zajebiście mi się zrobiło żal, że nie da się "wygumkować" zdarzeń, ludzi... Kurwa, ile się tego zebrało przez kilkadziesiąt lat. Jakoś nie mam już problemu by wyjebać cały wór ubrań, których nie zakładałem od roku, a jakoś z życiem, a właściwie z jego okruchami tak nie umiem. I nie bardzo wiem co z tym zrobić. Nie odbierać telefonów? Nie odpisywać na smsy, maile, zaczepki na fejsie??? I co to da... to jak brać tabletki przeciwbólowe na drzazgę w dupie. - Erase and rewind
'cause I've been changing my mind
I've changed my mind - zanucił Daimon głosem Niny Persson. Elael owinął się skrzydłami i zapatrzył w niebo zaciągnięte już młodą nocą - rzeka czasu biegnie dziwnymi meandrami. A dar zapomnienia... to da się zrobić - uśmiechnął się dziwnie w kierunku gruszek dojrzewających na rosnącym pod balkonem drzewie. - nie chce mi się już. Najzwyczajniej mi się nie chce. Tak zwani znajomi, koledzy, przyjaciele którzy nie kiwnęli by palcem dla mnie bez względu na to, jak bardzo kiedyś korzystali z mojego czasu, uwagi, troski... A chuj. Mam dziwne wrażenie, że bilans ja vs inni jest dla mnie wyjątkowo niekorzystny. A kiedyś byłem z tego dumny. Jestem zjebem. Przyznaję. I wiem, że obaj na mnie wsiądziecie - popatrzyłem na anioła i diabła. - a jakoś nam się nie chce - odparł diabeł i wzruszył ramionami.
|
|